Portret Rychezy nie pędzlem, lecz słowem malowany

„Nie stoję dziś przed płótnem, a jednak maluję.

Nie trzymam pędzla, a jednak powstaje portret.

Bo czasem słowo potrafi być barwą, zdanie linią, a myśl światłem.

Przede mną stoi Rycheza.

Nie jako królowa z kronik, lecz jako kobieta zatrzymana w ciszy chwili. Na jej czole spoczywa cień korony – nie ciężkiej od złota, lecz od odpowiedzialności. Włosy ma jak noc splecioną z bursztynowych nici, a oczy… oczy są jak okna otwarte na dalekie kraje, z których przybyła.

Widzę w nich Kolonię, kamienne mury cesarskiego świata i drogę prowadzącą do Polski, surowej i młodej. Widzę w nich dumę, ale i zmęczenie – bo los nie pytał jej, czy chce być mostem między dwoma światami.

Jej szata opada ciężkimi fałdami purpury. Każda z nich jak stronica kroniki: o władzy, o sporach, o samotności królowej wśród obcych murów. Na dłoniach nie ma miecza ani berła – tylko spokój kogoś, kto wie, że historia i tak zapisze jej imię.

Światło pada z lewej strony – tak jak lubiłbym je położyć na płótnie. Oświetla jej twarz łagodnie, wydobywając rysy twarde, ale piękne w swojej powadze. W cieniu pozostaje tło: zamkowe komnaty, polityka, ludzkie intrygi.

Bo portret nie jest o nich.

Portret jest o niej.

Rycheza stoi nieruchomo, a jednak czuję ruch czasu wokół niej. Jakby była jedną z tych postaci, które historia stawia w oknie epoki, aby patrzyły dalej niż inni.

Gdy odkładam słowa, obraz jeszcze przez chwilę trwa w powietrzu.

I myślę, że gdyby Jan Matejko malował nie farbą, lecz językiem – może właśnie tak wyglądałby jej portret.”

Mateusz Kania, III LO